Nie ma palenia opon, wielotysięcznych marszów, blokad dróg. Ale mogą się zdarzyć. Bo sprawa jest poważna i dotyka nas wszystkich. Zmiana w polskich miastach nadchodzi. Im szybciej ją wpuścimy, tym lepiej.
Miasto buduje dwa stadiony piłkarskie, używane około 20-25 razy do roku, przez stałą grupę kilkunastu tysięcy osób. Wydaje na to ok. 750 milionów złotych. I to jakoś nam się mieści w głowach. Niektórzy wprawdzie mówią, że to absurd, ale władze, które podjęły tę decyzję, mają się dobrze i rządzą dalej. W tym samym mieście pojawia się kilka lat później pomysł, żeby za 80 milionów złotych wykupić ogromny teren zalanego kamieniołomu, z malowniczymi skałkami i przerobić go na miejski park. Korzystałyby z niego dziesiątki tysięcy ludzi, przez większą część roku. Ale zrzutkę na ten cel chcą zrobić mieszkańcy, bo jakoś nikt nie wyobraża sobie, że pieniądze mogłoby wyłożyć miasto. Zaraz, zaraz, ale dlaczego nie?
Powyższa sytuacja ma miejsce w Krakowie. I jest doskonałym przykładem na to, jak w Polsce coraz bardziej rozjeżdżają się decyzje miejskich władz z potrzebami mieszkańców. Na to, jak dalece te potrzeby najzwyklejszych użytkowników miasta są spychane na dalszy plan i niezrozumiałe. Wahadło jest wychylone bardzo mocno w jedną stronę i trwa to od tak dawna, że wydaje nam się już naturalne. Ale to się od kilku lat zmienia. Wojna o polskie miasta już wybuchła, tylko walki na razie toczą się o pojedyncze przyczółki. Otwarcie szerokiego frontu dopiero nadchodzi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz